Bzyczenie

 





Wczesna dorosłość wydawała się najlepszą rzeczą, która spotkała mnie w życiu. Poczucie niezależności połączone z wciąż lekko dziecinną chęcią odkrywania świata sprawiło, że większość wolnych chwil spędzałem poza chłodnymi ścianami bloku. Wbrew pozorom, wcale nie podzielałem praktyk rówieśniczych w przepuszczaniu pieniędzy na hektolitry wysokoprocentowych napojów. Nigdy nie byłem zbyt towarzyski. Mimo, iż lęk społeczny często dawał mi się we znaki, nie czułem się całkowicie wyobcowany ze społeczeństwa. Zebrałem wokół siebie małą grupkę przyjaciół, z którymi najczęściej korzystałem z uroków życia, niekiedy balansując na granicy prawa. Bynajmniej nie zadawałem się z ludźmi, którzy swoimi czynami reprezentowali moralny margines. Przyjaciół dobierałem sobie z rozwagą… Trafniej można by rzec, że z wewnętrznym instynktem, który prowadził mnie przez życie od najmłodszych lat. Od kiedy pamiętam, ceniłem sobie w ludziach wyjątkowość, szczerość i dobre serce, przy czym potrafiłem odnajdywać je ze sprawnością bloodhounda. Pomimo posiadania elitarnie doborowego towarzystwa, z czasem zacząłem czuć, iż brak samotności wypompowuje ze mnie witalne siły. Kiedy ten stan jął osiągać krytyczne wartości, postanowiłem zniknąć. Porzuciłem media społecznościowe, nie odbierałem telefonów, stałem się zjawą, która po latach rozłąki ponownie wróciła w objęcia mętnych wód samotności. Zdawałem sobie sprawę z egoizmu, który bezproblemowo można było mi wytknąć, aczkolwiek postąpiłem tak, jak kazał mi wspomniany wyżej, enigmatyczny instynkt. Od tej pory dni mijały mi na powolnych, immersyjnych spacerach po górskich szlakach, których w okolicy miałem pod dostatkiem. Góry Sowie nigdy nie imponowały wysokością, aczkolwiek posiadały jedyną w swoim rodzaju aurę tajemniczości. Mimo upływu lat, tereny te dalej skrywały rzeszę sekretów, skrytych pod gęstym płaszczem pradawnych świerków i wielkich buków. Grube tomiszcza sowiogórskich legend oraz historia sięgająca nawet 12 tysięcy lat wstecz, czyniły z tego geograficznie skromnego pasma, prawdziwą ostoję baśniowości, tak rzadko spotykaną w dzisiejszych czasach.

Rzeczywiście, mój instynkt ponownie okazał się mieć rację. Samotne wędrówki po malowniczych szlakach  okazały się dla mojej duszy doświadczeniem harmonijnym oraz muzą dla spętanego doczesnością umysłu. Nie bałem się samotnych wędrówek. Szanowałem las, a on szanował mnie. Byłem jedynie cichym koneserem przemierzającym zawiłe labirynty muzealnych wystaw natury. Wsłuchiwałem się w plotkujący szeptem wiatr i donośne dysputy ptactwa. Chłonąłem wizualne piękno, prężące się dumnie przed moimi oczyma, niczym królewskie kocię. To oczyszczające doświadczenie stało się dla mnie narkotykiem i nim się obejrzałem, znałem na pamięć wszystkie górskie szlaki, turystyczne ciekawostki oraz punkty widokowe. Pragnąłem nowości, silniejszych doświadczeń, ekscytacji, która towarzyszyła mi z każdym kolejnym krokiem stawianym na nieznanej drodze. Właśnie wtedy po raz kolejny postanowiłem zaufać mojemu instynktowi i pozwolić mu się poprowadzić.

 Na ten specjalny dzień zamówiłem sobie najlepszą pogodę, jaką mogłem tylko wymarzyć. Ów dzień nie należał do najcieplejszych, więc mogłem skryć każdy centymetr skóry pod materiałem, mającym na celu uchronić mnie przed szpiczastymi gałęziami, gęstymi szuwarami, ale przede wszystkim przed licznymi kleszczami czającymi się w gęstwinie kniei. Te małe, diabelskie stworzenia, przypominające w powiększeniu iście piekielną abominację, okazywały się nie tylko uciążliwe, ale też niebezpieczne. Wiele z nich przenosiło boreliozę, której nie życzyłbym nikomu. Oczywiście sam materiał to za mało, dlatego też obtoczyłem się w istnej chmurze spreju, którego producent zapewniał, iż zabezpiecza on przed wszelkim robactwem. Spakowawszy niezbędny prowiant oraz ekwipunek ruszyłem w planowaną tak długo podróż. Euforia, której doświadczałem błądząc wśród pni pamiętających zamierzchłe czasy, była nie do opisania. Parłem przed siebie bez celu, nie zważając na zagrożenia. Czerpałem energię z otoczenia niby  roślina ssąca życie z glebowej czary. Z uwagą analizowałem teren, rysując w myślach drogę, która miała okazać się najbardziej korzystna strategicznie, to jest najmniej ryzykowna oraz możliwie najszybsza. A przeszkód było co nie miara – krnąbrne, grube korzenie, które wijąc się wściekle, czekały na nieuważnie postawioną nogę,  strome kamieniste zbocza, śliskie, pokryte mchem głazy oraz grube połacie chaszczów, wymagających znalezienia okrężnej drogi.  Wszystko to sprawiało, iż czułem się jak pionier, pokonujący wyzwania natury na własną rękę w ich najpierwotniejszej formie. Przyznam, iż nie raz przydarzyło mi się poślizgnąć, zachwiać, zadrapać, a nawet dwukrotnie upaść, ale ani myślałem dać za wygraną. Ze wszystkich sytuacji udało mi się wyjść bez szwanku, nie licząc paru niegroźnych zadrapań i siniaków, nijak mających się do obrażeń, które potrafiłem odnieść wcielając się w postać rycerza, jeszcze za czasów dzieciństwa. Pomimo euforycznej ekscytacji, z czasem zaczęło doskwierać mi zmęczenie. 

Całe szczęście niedługo później dotarłem do niesamowicie urokliwego miejsca, niewielkiego skalnego urwiska. Potężna, gnejsowa ściana pięła się na kilka metrów w górę, a wieńczyło ją ciekawe zaokrąglenie, przypominające półksiężyc lub naturalnie wytworzone zadaszenie, przez co całość wyglądała jak mała jaskinia. Muszę przyznać, iż miejsce to zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, stąd postanowiłem się tam zatrzymać w celu złapania oddechu.  Spokojnym krokiem przechadzałem się pod skalnym dachem, zachwycając się bajkowością tego miejsca, gdy moją uwagę przykuła dziwna konstrukcja. U podnóży skały ułożone były betonowe kloce, wszystkie sprawnie pokryte zaprawą murarską. Wyglądało to tak, jakby ściana blokowała wejście do jakiegoś bunkru, albo jaskini. Co jeszcze ciekawsze, mur był naruszony… Jeden z bloków był pęknięty, tak, że w zaporze widniała dziura wielkości ludzkiej głowy. Przez moment poczułem lęk przed zaglądaniem do środka, gdyż mrok skutecznie skrywał zawartość tajemniczej dziury. Na moje nieszczęście ciekawość wzięła górę. Zbliżyłem się do otworu i przyświeciłem weń latarką. Niezmiernie przeraził mnie widok ogromnego, tłustego pająka wylegującego się na pajęczynie tuż przed moimi oczami. Mimowolnie krzyknąłem przerażony. Nigdy nie przepadałem za tymi małymi skurczybykami. Daleko mi było do arachnofobii, ale wciąż te ohydne stawonogi wywoływały u mnie poczucie niepokoju. Ów pająk najprawdopodobniej był równie wystraszony co ja, gdyż szybko czmychnął w objęcia mroku. Ponownie zbliżyłem głowę aby zbadać tajemniczy teren. Z wnętrza wydobywał się nieznośny odór padliny, który przyprawił mnie o odruchy wymiotne. Wszędzie roiło się od gęstych niby mgła pajęczyn. Na kamiennych ścianach dało się zauważyć dziwaczne zadrapania. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego, ale nie wiedzieć czemu skojarzyłem ów tajemnicze ślady z niedźwiedzimi pazurami. Dziwna jaskinia zdawała się ciągnąć w głąb ziemi, o wiele dalej, niż sięgał snop światła mojej latarki. Moja bujna wyobraźnia, wytworzyła w myślach przynajmniej kilka scenariuszy opisujących owe znalezisko i żaden z nich nie był ani trochę przyjemny. To miejsce emanowało przytłaczającą, ponurą aurą, a fakt, że z jakiegoś powodu zostało odgrodzone od świata grubą warstwą betonu, sprawił, że postanowiłem po prostu się stamtąd oddalić. Jak już wcześniej wspominałem, knieja Gór Sowich po dziś dzień skrywa wiele mrocznych tajemnic, które nie powinny zostać odkryte. Możesz nazwać mnie tchórzem, ale wiem, że kierował mną po prostu zdrowy rozsądek…

Postanowiłem  zawrócić tą samą drogą, którą przyszedłem, a następnie wspiąć się na wysokość urwiska w miejscu, które najlepiej się do tego nadawało. Obraz przerażającej jaskini z jakiegoś powodu utkwił mi w głowie, więc starałem się ponownie przekierować nurt mych myśli na chłonięcie tych wszystkich cudownych krajobrazów. W pewnym momencie jednak, moją uwagę przykuł dziwaczny odgłos, przypominający szelest kroków. Tchnięty chęcią przyuważenia dzikiej zwierzyny, postanowiłem nasłuchiwać ów tajemniczych szurań.  Mój słuch okazał się być jak najbardziej sprawny, co więcej dziwaczne dźwięki zdawały się przybierać na sile. Postanowiłem, że uklęknę w bezruchu obok sosnowego pnia, aby nie wystraszyć nadciągającej fauny. Z ekscytacją czekałem, oczekując widoku dzika, sarny a może nawet majestatycznego jelenia. Oj, jak bardzo się myliłem…

Jakież przerażenie ogarnęło mnie, gdy miast zwierzęcia znanego z atlasów przyrodniczych, ujrzałem snującą się posępnie wśród drzew istotę o humanoidalnym kształcie. Stworzenie było wysokie na przynajmniej dwa metry, łapy miało długie, sięgające do kolan, zakończone upiornymi szponami. Na widok tych naturalnie wytworzonych brzytew me serce zaczęło bić jak szalone, wyobrażając sobie siłę, z którymi ów ostrza mogłyby rozerwać ciało. Niemalże od razu skojarzyłem ich kształt z dziwacznymi śladami w obserwowanej niedawno jaskini. Pierwszy raz w swoim życiu poczułem, że moje własne ciało odmawia mi posłuszeństwa, sztywnieje niby zmienione w kamień.  Mogłem jedynie patrzeć na zbliżające się diaboliczne monstrum. Jego skóra pokryta brunatnym, gęstym futrem, przywodziła na myśl niedźwiedzia, natomiast głowa… lub to, co zapewne ją stanowiło, przypominało groteskową abominację stworzoną  ze sterczącej dziko we wszystkie strony odrażającej kolonii grzybów, o krwistoczerwonym kolorze. Nic nie jest w stanie opisać przerażenia, które ogarnęło mój umysł. Pomimo charakterystycznych dla mnie skrajnie ateistycznych poglądów, moje myśli w tamtym momencie zmawiały niezliczoną ilość modlitw, panicznie nawołując pomocy Boga. Strach sprawił, że nie byłem w stanie poruszyć się nawet o milimetr. Tymczasem bestia zdawała się snuć powoli w moim kierunku, przesuwając po ziemi swoje grube, owłosione łapska z wątpliwą gracją godną nieumarłego. Nagle do moich uszu dotarło coś jeszcze. Wściekłe bzyczenie, jakby zbliżającego się stada szarańczy.  Kiedy nozdrza wychwyciły dławiący, trupi zapach, zrozumiałem, iż dźwięki te należą do innych owadów. To, co wcześniej wydawało się dla mnie futrem, okazało się tak naprawdę grubym płaszczem much, które z drapieżną wściekłością obłaziły ciało stworzenia. Strumienie łez ściekały po mej twarzy, gdy z całych sił zaciskałem gardło, powstrzymując wymioty. Żadne słowa nie są w stanie pobudzić wyobraźni do wykreowania tak piekielnego wyglądu, jakim cechowała się owa istota. Tak samo nic nie jest w stanie nawet w najmniejszym stopniu oddać mrocznej aury, jaka biła od tej demonicznej kreatury.

W trakcie kolejnych sekund, najwolniej jak się tylko dało, podniosłem drżącą dłoń i zacisnąłem ją na nosie tak mocno, iż poczułem pod palcami ciepło wypływającej zeń krwi. Nie mam pojęcia, jak moje serce wytrzymało brutalne tempo, z jakim przyszło mu wtedy bić.  To coś było prawie tak blisko, że bez problemu mogłoby dosięgnąć mnie swoją ohydną łapą. A ja nie mogłem nawet uciekać… Czułem, jak pojedyncze muchy lądują na mojej twarzy i drepczą po skórze w okolicach oczu. Zamknąłem je i klęczałem w absolutnej ciemności, próbując powstrzymać wymioty, a jednocześnie dostarczyć organizmowi minimalne ilości tlenu. Nie wiedzieć czemu czułem na sobie lodowaty, przeszywający wzrok, wywołujący gorączkowe dreszcze. Właśnie wtedy moja wyobraźnia zaczęła kreować obrazy tak przerażające, a jednocześnie tak realne, jakbym doświadczał w tym momencie jakiś demonicznych wizji… Obraz obślizgłych, tłustych, białych larw z zawziętością obgryzających zmasakrowane trzewia, dziwne, zakapturzone istoty bez twarzy, ognisty krąg, w którym widniały enigmatyczne cyfry… Nie jestem w stanie powiedzieć czym były te wizje, ani co znaczyły. Mogę jedynie stwierdzić, iż były one tak intensywne, że mój umysł zapomniał o swojej cielesności.

Nie mam pojęcia ile trwało to naprawdę, a ile czasu spędziłem w makabrycznym momencie zatrzymanym przez zszokowaną świadomość. Nie wiem jak długo mój umysł spędził w najmroczniejszych krańcach Tartaru, targany makabrycznymi obrazami… Nie wiem też, jakim cudem po tak apokaliptycznych obrazach nie zatracił się on w szaleństwie.

 Kiedy zdałem sobie sprawę, że wszystko ucichło, otworzyłem powoli oczy. Znowu byłem sam. Niemalże od razu zwymiotowałem pod siebie, uwalniając wszystko to, co wstrzymywałem przez ten krótki okres wieczności. W krwawej kałuży rzygowin, wściekle wiły się tłuste, grube muchy. Mógłbym przysiąc, że słyszałem cieniutki, agonalny pisk tych ohydnych kreatur. Później… po prostu biegłem. Pędziłem w panice, co chwila potykając się o wystające z ziemi głazy i konary. Ignorowałem wszelki ból, jaki nawiedzał w tamtym momencie moje ciało. Wołałem o pomoc, całkowicie zdzierając gardło.  Gdy moim oczom ukazał się asfaltowy łuk, świadczący o istnieniu w tym miejscu górskiej drogi, siły opuściły mnie prawie kompletnie. Pamiętam, że czołgałem się, obtoczony w błocie i brudzie z piorunującym bólem całego ciała. To właśnie ostatnie wspomnienie z tego felernego dnia…

Podobno odnalazła mnie pewna kobieta wracająca samochodem z okolic Kalenicy. Na całe szczęście miała zbyt dobre serce, by ominąć człowieka będącego w tak makabrycznym stanie. Pierwszy raz po tym wydarzeniu otworzyłem oczy na Wrocławskiej toksykologii. Lekarze wykryli w moim organizmie obecność trujących grzybów i przypisali mi łatkę ćpuna oraz wariata. Miałem skręconą prawą nogę, złamany obojczyk, pęknięte przedramię oraz wybity prawy bark. Do tego masę zadrapań i siniaków. Jak przerażony i zdesperowany musi być człowiek, który pędzi przed siebie pomimo tak poważnych urazów?

 Przysięgam, że nie tknąłem nigdy żadnego leśnego grzyba, chyba że byłby on zidentyfikowany i przyrządzony przez znawcę. Tym bardziej nie tykałem nic tamtego dnia…

Przysięgam, że nie zwariowałem. Nie możesz ufać temu, co mówią. Do jasnej cholery, komu ja mam ufać, jeśli nie własnym zmysłom? Co w takim razie jest prawdziwe? Leki, które we mnie wpychają są gówno warte. Ciągle widzę w snach tę przeklętą jaskinię. Bez dwóch zdań jest ona powiązana z monstrum, które zobaczyłem. Coś czai się w trzewiach gór. Zło, które miało zostać zapieczętowane na wieki. To coś woła mnie. Coś chce, żebym tam wrócił. Minął prawie czwarty miesiąc od tego cholernego wydarzenia. Nikt dalej nie uwierzył w moje opowiadania. Wszyscy mają mnie za debila, który nażarł się trujących grzybów. Jesteś jedyną osobą, której kiedykolwiek naprawdę zaufałem. Proszę, musisz mi pomóc. Nie zniosę tego dłużej. Nie oczekuję wiele, wystarczy jedna sznurówka. Ty jedyny możesz zrozumieć ból, który trawi mnie od środka. To nigdy się nie skończy. Bzyczenie doprowadza mnie do obłędu… Jedna sznurówka. O nic więcej nie proszę.

 PS: Pamiętaj. Pod żadnym pozorem nie zbaczaj ze szlaku. Nie tutaj…

 

Twój M.






Komentarze